O poezji Rudolfa Dilonga – mojego dalekiego krewnego ze Słowacji


Motto: Ale keby mu niekto dal takú pušku, z ktorej sa strieľa láska, povedal by, že netrafí.

Rudolf Dilong, słowacki poeta, franciszkanin, najwybitniejszy i najbardziej płodny autor katolickiego modernizmu, urodził się w 1905 roku w Trzcianie w Austro-Węgrzech (v Trstenej na obecnej słowackiej Orawie). Oprócz – albo mimo – kapłańskiego powołania, szybko objawił się jako poeta. Po opublikowaniu pierwszych zbiorów wierszy (1931 – Budúci ľudia, 1932 – Slávne na holiach, 1933 – Dýchajte, lazy!, 1933 – Roky pod slnkom, 1933 – Antológia mladej slovenskej poézie (Z výberu autorov-katolíkov). Trnava: Spolok sv. Vojtecha, 1933. 291 s. Zostavil R. Dilong, II. séria Dobrej knihy) dał się poznać jako znakomity poeta i wyśmienity pisarz. Współpracował z kilkoma czasopismami. Jak mówi tradycja, za pierwsze pieniądze za wydane utwory kupił sobie motocykl. Fakt ów, w swoim humorystycznym wierszu pt. Epigram motorisovaný, opisał F. Sedláček: „Nechci jenom slávu / chci mět také Jawu / Za rychlým duchem času / nestačím na Pegasu. // Je mi třeba moto / Teď jde právě o to / literérní cenu – slávu / proměniti v motor – Jawu!”. O ówczesnej reputacji Dilonga świadczą też słowa czeskiego poety i laureata literackiej Nagrody Nobla, Jaroslava Seiferta: „Byl to kněz řádový, byl františkán. A básník to byl surrealistický. Jak to dal všechno dohromady, nevím. Na sjezd přijel na motocyklu. (…) K ránu vstal od stolu a před vchodem si zapálil cigaretu, vyhrnul si sutanu a skočil na motorku. Jel do nedalekého kostela sloužit mši. (…) Se vší františkánskou pokorou klečel u oltáře a ústy, která ještě před chvílí zpívala milostné písničky slovenské, vzýval Hospodina a mši ve vší vážnosti odsloužil”. W czasie II wojny światowej był kapelanem, w stopniu kapitana, Armii Słowackiej na froncie wschodnim. Powstała wtedy m.in. słynna Konvália, Turčiansky Sv. Martin, Matica slovenská, 1941 (kniha vyšla ako 74 zväzok edície Knižnice Slovenských pohľadov, redigoval Stanislav Mečiar, na obálke participoval Jozef Cincík). O jego zakazanej miłości do żydowskiej dziewczyny, Walerii Reisz, podczas drugiej wojny światowej, została niedawno opublikowana książka autorstwa wnuczki, Denisy Fulmekovej. Po wojnie zmuszony przez reżim komunistyczny do wyjazdu z kraju, pracował jako franciszkański mnich w środowisku słowackich i polskich emigrantów w Argentynie i USA. W 1969 r. spotkał się w Wiedniu z Walerią, swoją córką Dagmarą i wnuczką. Przez moment miał nadzieję, że jego powrót na Słowację jest możliwy, ale ŠtB (Štátna bezpečnost) szybko przekonała go, że jest jednak zupełnie inaczej. Zmarł w 1986 r. na emigracji w Pittsburghu, jest pochowany na cmentarzu przy klasztorze o. Franciszkanów Matki Bożej Bolesnej w Valparaiso (Indiana, USA).

Trzymam właśnie w rękach, kompletnie zaczytaną, ze sklejonym taśmą klejącą grzebietem, książeczkę pt. „Stlmené slovíčko (aforizmy a epigramy)”, wydane w Cambridge, Ontario, Kanada, w 1974 r. I nie mogę oprzeć się wzruszeniu. Z niej tytułowe motto o „strzelaniu miłością”. A na koniec może jeszcze coś takiego: „Ak nemáš čo povedať, prečo nie si ticho? Veď jazyk nie je mlyn. A mlyn tiež len vtedy melie, keď má zrno”. Czy to wyłącznie tożsame nazwisko, czy może coś więcej… ? O naszych słowackich wyprawach z przełomu lat 80. i 90. – w następnych wpisach.

Wszystkie zdjęcia z archiwum D. Fulmekovej [za: http://malackepohlady.sk].