Któż znał Tatry tak, jak Włodek?


12 października 2013 r. zginął w Dolinie Złomisk Władysław Cywiński. Był niekwestionowanym i najlepszym znawcą topografii Tatr. Wszedł na wszystkie ich nazwane wierzchołki (niektórym sam nadał nazwy). Za swoje największe osiągnięcie uważał samotne przejście grani Tatr w 3,5 dnia. Dobrze pamiętam pierwszy z nim kontakt, ponieważ był to dla mnie jednocześnie tzw. państwowy egzamin na przewodnika tatrzańskiego. Oczywiście Włodek – bo tak kazał do siebie mówić – pytał z topografii. Odezwał się w te słowa: A ja ciebie na bieganym nie widziałem [tzw. praktyczny egzamin „biegany” polegał na tym, że Włodek szedł sobie spokojnie swoim tempem w terenie między I a II w skali tatrzańskiej, a kto za Nim nie nadążał, ten egzamin „oblewał”]. Nieco zbity z tropu odpowiedziałem: Słyszałem, że taternicy u Ciebie nie „biegają”. Następnie zapytał u kogo robiłem „kartę taternika” i pozostałe pytania zadał już wyłącznie z… Tatr Zachodnich. W 1994 r. przeprowadziłem z Nim wywiad dla najpoważniejszego w owym czasie polskiego magazynu sportów górskich „Góry” na temat Giewontu, czyli I tomu słynnego później przewodnika szczegółowego po Tatrach (w bieżącym roku ukazały się Granaty, jako tom XVIII). Mam z tej rozmowy cenną pamiątkę w postaci poniższej dedykacji (jak odgrzebię gdzieś w swoich szparagałach autoryzowaną treść tego wywiadu, to nie omieszkam wrzucić na stronę):

[No, więc nie udało się odgrzebać oryginału z autoryzacją – ach, ten okropny bałagan po przeprowadzce – natomiast znalazłem archiwalny numer „Gór” z tym wywiadem. Po kliknięciu na poniższej grafice – otworzy się stosowny PDF z całością rozmowy.]

Ów pierwszy tom spotkał się z krytycznym słowem Józefa Nyki (też niekwestionowanego autorytetu w tej materii) w „Głosie Seniora” z września 1994: Niewątpliwą słabość nowego przewodnika Władysława Cywińskiego, a przynajmniej jego tomu „Giewont” (GS 8/94), stanowi nieobecność na jego kartach historii. Dowiadujemy się co prawda, kto przeszedł „Tarkę” czy „Jajniczankę” na Jasiowych Turniach w Dolince za Bramką, ale kto wszedł pierwszy na Giewont, Mały Giewont czy np. Słupy – tego autor nawet nie próbuje dociekać. Tyle Nyka.

Trzeci tom [W. Cywiński, Czerwone Wierchy, t. 3, Poronin 1996] krytykowali dwaj autorzy artykułu pt. Diabły tkwią w szczegółach („Taternik” 2003, nr 1-2, s. 19-22), Tomasz Borucki i Rafał Mikler. Oto ich konkluzja: Błędów w przewodniku jest więcej, ale nie w tym rzecz. Istota problemu leży bowiem w kwestii odpowiedzialności autorskiej, ciążącej na twórcach przewodników wspinaczkowych, wszak sam W. Cywiński twierdzi: „literatura przewodnikowa – to nie literatura piękna” („Góral z Wilna”, s. 217). Czy więc zamiast snuć dywagację, że np. żleb w odróżnieniu od kobiety może być częściowo dziewiczy (WC, t. 9, s. 62), w pisarstwie przewodnikowym nie powinno się dążyć przede wszystkim do wiarygodności adekwatnej do wagi podjętego tematu? (…) Zatem nie wystarczy tylko znawstwo topograficzne, ale potrzeba metodyki i konsekwencji, by móc krytycznie opracować zamieszczane w przewodnikach informacje, już starożytni twierdzili bowiem, iż „mały błąd popełniony na początku staje się dużym błędem na końcu” – słowem: „diabły tkwią w szczegółach” i trzeba się ich wystrzegać.

Natomiast mnie również zdażyło się – na łamach „Płaju” 2002 nr 24, w artykule zatytułowanym Sięgając po Cywińskiego – popaść w zadumę nad stanem naszego poznania Tatr przy okazji lektury Ogólnych wiadomości o Tatrach Bielskich [W. Cywiński, Tatry Bielskie, t. 4, Poronin 1997, s. 9-16]. Oto jeden z fragmentów: Rozumiejąc specyfikę publikacji przewodnickiej, daleki jestem od czynienia jakichkolwiek wyrzutów Autorowi, którego uważam za mistrza świata w topografii Tatr. Niemniej trudno się zgodzić z Jego tezą, że tylko nieliczni – prócz myśliwych – interesowali się Tatrami Bielskimi. Przestałem „krytykować” Mistrza, gdy w Młynarzu – VI tomie, wydanym w roku 1998 – odkryłem niespodziewanie, że Włodek przypisał mnie i Marcinowi Drwocie prawdopodobnie pierwsze przejście lodospadu Dolinki Spadowej, które miało miejsce 1 marca 1997 r. [przy okazji apeluję do autorów faktycznego pierwszego przejścia rzeczonego lodospadu o ujawnienie się]. Włodkowi jestem winien wdzięczność za lapidarną, aczkolwiek cenną opinię na temat Orlej Perci [poprosiłem Go o przejrzenie przed drukiem pierwszego wydania przewodnika wysokogórskiego po tej podniebnej trasie z 2006 r.]. Pozwolę ją sobie na koniec zacytować: Osobiście uważam, że szlak ten to idiotyzm i chętnie bym go zlikwidował. To było dobre, gdy jednym ze statutowych celów TT było „uprzystępnianie Tatr”. A jeszcze większym idiotyzmem byłoby robienie tam „via ferrata”. Władysław Cywiński. Żegnaj Mistrzu… Będzie nam Ciebie brakowało…

[Na marginesie: Grzesiu, teraz w Tobie nasza jedyna nadzieja… ]