O mnie


Dariusz Dyląg – przewodnik karpacki (beskidzki i tatrzański), przewodnik terenowy po woj. małopolskim, pilot wycieczek, instruktor przewodnictwa i krajoznawstwa PTTK, przodownik turystyki górskiej PTTK (z uprawnieniami na Beskidy Wschodnie, Beskidy Zachodnie i Tatry; przewodniczący Terenowego Referatu Weryfikacyjnego GOT PTTK w Dobczycach), taternik i pireneista, geograf (specjalizacja: sozologia) i informatyk (specjalizacja: sieci komputerowe), publicysta (ponad 100 publikacji i 4 książki), doktor nauk o kulturze fizycznej (obronił pracę doktorską z historii turystyki i krajoznawstwa w Gorganach), na koncie ma liczne vie ferrate, alpejskie czterotysięczniki (m.in. Mont Blanc, Matterhorn, Dom) i pierwsze znane przejście w Tatrach lodospadu Dolinki Spadowej wprost. Krajoznawca ze słabością do literatury; ostatnio wyłącznie w karpackiej wersji. Bucurze Dumbravie zawdzięcza odpowiedź na pytanie „kiedy najlepiej iść w góry?”; Miloslavowi Neverlemu – spokojny sen „pod szerokim gwiaździstym kapeluszem”; Tarasowi Prochaśce zaś – kierowanie się „raczej ideą krajobrazu niż nacji”. Swój pierwszy tekst o Karpatach Wschodnich, opublikowany na początku lat 90. minionego wieku w czasopiśmie „Góry”, zatytułował Na wysokiej połoninie. Sprawa recepcji najważniejszej tetralogii Stanisława Vincenza w środowisku krajoznawców – szczególnie tych, którzy w owym czasie ruszyli ponownie odkrywać dla polskiego turysty Karpaty Wschodnie – jest mu szczególnie bliska. Do tej specyficznej, krajoznawczej grupy ludzi chciałby i on się zaliczać, ale im bardziej wchodził w głąb ukraińskich Karpat (a czynił to prawie każdego roku w okresie majowych, długich weekendów), tym bardziej uświadamiał sobie potrzebę zgoła odwrotną, sformułowaną już przez niego na łamach „Płaju” w recenzji przewodnika po Wielkiej Fatrze: „ci, którzy wiedzą, to niech wiedzą, a reszta – nie musi”. Jest świadom, że pewnych procesów nie da się już odwrócić. Tym, którzy nadal są zafascynowani paleniem ognisk z gorgańskiej kosodrzewiny, biwakowaniem nad czarnohorskimi, niesamowitymi stawami, kolebowaniem i – tak, tak – śmieceniem w tym, jednym z jeszcze najdzikszych zakątków europejskich gór, czas uświadomić, że przedłużony na skutek splotu szeregu przeróżnych okoliczności „koniec dawności” uległ wielu niekorzystnym metamorfozom i znów zbliża się z prędkością proporcjonalną do ilości ludzi zwiedzających góry po drugiej stronie „szengeńskiego druta”. Czy można i trzeba jakoś temu zaradzić? Jeśli tak, to chyba tylko dzięki magicznej zaiste mocy wysokiej połoniny w tak fascynujący sposób utrwalonej w wielkim eposie Vincenza. Zresztą sam Mistrz tak o tym właśnie napisał był: „Czyż można sobie wyobrazić, aby się znaleźli ludzie z zewnątrz, doceniający wartość osobliwych odrębności, a fatalność nagłego, nieograniczonego zderzenia się obcych faz cywilizacyjnych? (…) Tak zachwalane rezerwaty, zarówno ludzkie, jak zwierzęce i roślinne, są dotąd przeważnie obszarami dogorywania, zbiorem żyjących niedobitków. Kreuje się je zazwyczaj godzinę przed śmiercią jakiegoś rodu, lub nawet po śmierci galwanizuje i fałszuje” (Prawda starowieku… , s. 161).