W Pieninkach Skrzydlańskich


Pieninki Skrzydlańskie zawsze pragnęliśmy ocalić przed nadmiernym ruchem turystycznym… Cieszyliśmy się, że nie ma tam żadnych szlaków turystycznych, że w sumie takie mało atrakcyjne i na uboczu. Rokrocznie kartowaliśmy je w ramach ćwiczeń przygotowujących młodzież szkół średnich do rozszerzonej matury z geografii. Żadna z dotychczasowych teorii nie pasowała nam do ich geomorfologicznej genezy. Po prostu takie izolowane „kopecki” – brakowało nam jedynie przełomu z jakąś nie za dużą rzeką… W końcu dopasowaliśmy teorię, która i dzisiaj jest kwestionowana, ale chyba nadaje się tutaj najbardziej. Mianowicie chodzi o całkowicie nową koncepcję rozwoju geomorfologii Karpat, zaproponowaną przez Leszka Jankowskiego i Włodzimierza Margielewskiego. Zwrócili oni uwagę na wpływ dodatkowych etapów rozwoju tektonicznego na geomorfologię Karpat. Takie pojęcia jak etap kolapsu orogenicznego, w którym doszło do przesuwu, najczęściej ku południowi, szeregu masywów w obrębie Karpat, struktury kwiatowe, melanż tektoniczny, czy wyodrębnienie w l. 90. XX w. strefy lanckorońsko-żegocińskiej, z niejakim trudem zadomowiły się wśród geologów, geomorfologów i oczywiście krajoznawców, zajmujących się badaniami w tej części Karpat. To właśnie owe chaotyczne kompleksy o różnej genezie (melanże tektoniczne, kompleksy o charakterze spływów grawitacyjnych, o rozerwanej strukturze typu: bloki w matrix) mają swoje wyraźne odzwierciedlenie w rzeźbie Karpat. Najciekawszymi przykładami są właśnie utwory o typie melanżu tektonicznego w obrębie tzw. okna tektonicznego Skrzydlnej i nasze Pieninki Skrzydlańskie. Jest to rejon o szczególnie pięknym obrazie morfologii terenu – widoczny jest tu krajobraz w typie rozczłonkowanych pagórków, rozdzielanych obniżeniami (podobnym do rejonu Pienin). Wynika to z uformowania tu strefy o typie struktury kwiatowej, z mnóstwem stref melanży, separujących odporne na wietrzenie bloki piaskowca cergowskiego. Łaziliśmy wśród tych „kopecków” w te i we wte. Na ogół startowaliśmy spod szkoły w Stróży, zaglądaliśmy w odkrywki i czynne kamieniołomy, prowadziliśmy dziewicze drogi wspinaczkowe na nieczynnych już ścianach skalnych, przekraczaliśmy cieki wodne i przedzieraliśmy się przez zagajniki, miedzami wędrowaliśmy wśród pól i podziwialiśmy rozległe widoki ku północy oraz na południe o różnych porach dnia i roku. Aż natknęliśmy się na pierwszy znak czarnego i niedługo potem czerwonego szlaku. Kto wymyślił, żeby puścić zielony grzbietem Śnieżnicy i zwalić się na łeb na szyję północną ścianą, za czarnymi znakami i nazwać to jeszcze – o zgrozo – „szlakiem zbójników skrzydlańskich”?